Moduł regionalnego dowodzenia był w czterech piątych zanurzony w ciemnych wodach delty. Gdy pojazd zbliżył się do niego i zaczął zwalniać, reagujące na zaprogramowane kształty, żądło uderzeniowe Krygolitów weszło na zbieżny kurs. Wirtualne projektory pojazdu włączyły się, by zmylić zbliżającą się rakietę, starając się otumanić jej sensory. Pojazd zmienił swój elektroniczny wizerunek w kształt dużego, nisko lecącego ptaka morskiego, jakich pełno w tej części Chemadii. Biobitowe rzutniki dobrze wykonały swoje zadanie. Układ rozpoznawczy rakiety musiał ponownie przeanalizować dane, żeby niepotrzebnie nie atakować nieszkodliwego okazu lokalnej fauny zamiast wroga.
Czujniki szybko rozszyfrowały kamuflaż, ale opóźnienie umożliwiło aktywację systemów obronnych pojazdu, ich wycelowanie i odpalenie. Chmura poddźwiekowych soczewkowatych pocisków została wystrzelona w stronę napastnika. Rakieta starała się je wyminąć, ale jeden mały pocisk uderzył koło silnika i samowystarczalna broń zmuszona została do odwrotu, odlatując chwiejnie w głąb lądu w kierunku delty.
Następnego ataku nie było. Pojazd bezpiecznie dotarł do celu. Zatrzymał się w jednym z podwodnych stanowisk, w brzusznej części modułu bez żadnych przeszkód. Ziemianie z aparatami do oddychania pod wodą asystowali przy cumowaniu, a jeden, a właściwie jedna z nich, oderwała się od swojej pracy by popatrzeć w górę i pomachać do pilota pojazdu, który uśmiechnął się przez przedni iluminator.
Załoga złożona z Leparów mogłaby wykonać tę pracę lepiej i szybciej, pomyślał Nevan opuszczając pokład, ale podobnie jak wielu członków Gromady, żaden Lepar nie potrafił efektywnie funkcjonować w pobliżu działań wojennych. Spośród wszystkich gatunków stanowiących Gromadę jedynie tępe gady i Ziemianie mogli swobodnie wykonywać podwodne prace. I choć ta umiejętność świadczyła o ludzkiej zdolności przystosowywania się do rozmaitych warunków, jednocześnie łączyła ich z powolnie myślącymi i poruszającymi się Leparami.
Nevan był jednym z najbardziej cenionych Planistów na Chemadii. Umiał wymyślać takie warianty ofensywy, które kosztowały najmniej strat w personelu i sprzęcie. Gdy żołnierze wiedzieli, że brał osobisty udział w planowaniu bitew, które mieli realizować, czuli się znacznie pewniej.
Strategią kierowano z zatłoczonej sali znajdującej się w centrum pływającego, mobilnego stanowiska dowodzenia. Podczas gdy specjalne stabilizatory zapewniały mu równowagę, moduł ten mógł zmieniać swoje położenie w zatoce, reagując na zmieniające się warunki. Nie mógł latać jak samolot, czy szybowiec, ani całkowicie się zanurzać, nie osiągał również dużej prędkości, ale też nie był uwiązany w jednym miejscu i przez to narażony na łatwe wykrycie i zniszczenie przez wroga.
Słodka woda z delty rzeki mieszała się ze słoną masą oceanu, tworząc środowisko bogate w chemadiiańską faunę. Byłby to raj dla chciwego wiedzy zoologa, gdyby powietrze i woda nie były tak nafaszerowane bronią siejącą destrukcję, uporczywie poszukującą celu, który można zniszczyć. Delta była od kilku miesięcy arena rzadkich, choć zaciekłych walk, w których żadna ze stron nie potrafiła zapewnić sobie zwycięstwa w tym strategicznym punkcie.
Nevan wiedział, że lokalne siły bojowe zawierały większą niż zwykle liczbę Ziemian. Powodem była awersja Massudów do wody. W delcie było wyjątkowo mało stałych, suchych terenów, o które można by toczyć zmagania i dlatego większość walk musieli prowadzić Ziemianie.
Dawało im to też przewagę nad, równie obawiającymi się wody, Krygolitami, którzy nadrabiali ten mankament liczebnością i nieustannym patrolowaniem z powietrza. Gdyby tylko Leparowie brali większy udział, zadumał się Nevan... ale była to absurdalna myśl. Leparowie nie mieliby dość rozumu, by posługiwać się skomplikowaną bronią, nie wspominając nawet o braku skłonności ku temu.
Walkę o uzyskanie kontroli nad ważnym obszarem delty pozostawiono Ziemianom.
Żołnierze poruszający się po tym wodnistym terenie mogli liczyć na dobrą osłonę drzew i krzewów, ale cokolwiek większego, jak pływająca bateria artylerii, od razu dostrzegano i niszczono. Dowództwo Gromady stało przed koniecznością zdobycia i zabezpieczenia sporego terytorium jedynie przy użyciu lekkiej broni. Był to problem, którego do tej pory nie potrafili rozwiązać.
Choć przydzieleni do tego rejonu Massudzi mieli opory przed udziałem w samej walce na grząskim obszarze ujścia rzeki, można było obsadzić nimi moduł, co uwalniało dodatkowy kontyngent Ziemian zdolnych do walki. Nevan dyskutował o strategii z Człowiekiem i z czterema Massudami, gdy pierwsza eksplozja wstrząsnęła pokład pod ich stopami.
Jeden z Massudów zareagował charakterystycznym tikiem wąsów i jednoczesnym komentarzem, dobiegającym z jego translatora:
- Inteligentna rakieta dalekiego zasięgu. Rozpoznaję po wibracjach. Nie powinna się przedrzeć przez naszą obronę.
Jakby dla potwierdzenia, po pierwszym wybuchu nastąpiło jednoczesne włączenie rozmaitych alarmów. Światła zamrugały niepewnie. Jakiś podoficer wpadł do sali:
- Zaatakowano nas! - krzyknął w wibrującym, massudzkim języku.
- Opanuj się! - Pułkownik polowy dowodzący modułem była starą, zasuszoną Massudką, która widziała już niejedno. Ostro spojrzała na ekran, zainstalowany na wschodniej ścianie.
- Nie widzę śladów wrogich ślizgaczy, ani jednostek pływających w naszym otoczeniu. - Moduł znów się zatrząsł. - Wyjaśnij swój meldunek.
Podoficera nie trzeba było do tego zachęcać.
- Wiem, że to się wydaje niemożliwe, czcigodna pani pułkownik, ale Krygolici atakują bez użycia transportu powietrznego... spod wody.
- To niemożliwe! - stwierdził inny Massud. W tym momencie zgasły światła.
Ekrany i świecące pokrycia ścian, które miały własne zasilanie zamrugały i ożyły, przywracając oświetlenie wnętrza. Szybkie sprawdzenie reszty modułu potwierdziło słuszność pozornie nieprawdopodobnego raportu. Krygolici rzeczywiście przeprowadzali bezprecedensowy atak podwodny. Teraz wiadomo było w jaki sposób udało się im dotrzeć tak blisko modułu, nie narażając się na wczesne wykrycie. Systemy obronne modułu stworzone były do wyłapywania zbliżających się pojazdów, albo pocisków z własnym napędem, a nie do zwalczania pojedynczych osobników, bezgłośnie nacierających pod powierzchnią wody.
Biegnąc z centrum dowodzenia Nevan zastanawiał się nad śmiałością tego posunięcia. Krygolici tak samo bardzo bali się zanurzenia pod wodę, jak inne rozumne rasy po obu stronach konfliktu, a jednak tę grupę, jakoś nakłoniono, by pokonała strach.
Czujniki dostarczyły obraz, ukazujący krygolickich żołnierzy zbliżających się dzięki małym, niezależnym aparatom do oddychania, przymocowanym do piersi i pleców. Maski osłaniające twarze pozwalały im widzieć pod wodą. Ponieważ tak jak Massudzi czy Hivistahmi nie umieli pływać, każdy z nich zaopatrzony był w małą jednostkę napędową, przymocowaną do tylnych kończyn. Przednie dzierżyły broń, a trzecia para zwisała swobodnie.
Ampliturowie, zastanowił się Nevan, musieli bardzo długo i ciężko pracować nad tą szczególną grupą uderzeniową, aby była zdolna do ataku tak sprzecznego z ich naturą. By pokonać głęboko zakorzeniony strach Krygolitów, niezbędne były wielokrotne sesje sugestii. Jakikolwiek będzie rezultat bitwy, tak radykalne zmiany naturalnych zachowań spowodują niewątpliwie ciężkie uszkodzenia psychiki u tych, co przeżyją. Ale to nie zmartwi Ampliturów, pomyślał ponuro. "Cel uświęca środki."
Przemykając do przodu pojedynczo, zamiast w zwartej masie, udało się im tak długo oszukiwać systemy ostrzegawcze modułu, że znaleźli się w pozycji umożliwiającej bezpośredni atak. Wystraszeni obrońcy pośpiesznie próbowali zorganizować opór, by powstrzymać ofensywę, która nie miała prawa się wydarzyć.
Podczas, gdy część Krygolitów zajęła się stabilizatorami i układami napędowymi, inni zaatakowali od spodu gniazda broni zamontowanej na powierzchni. Następne grupy wtargnęły do środka przez bramy doków i włazy naprawcze, tuż powyżej linii wodnej. Porzucając po drodze aparaty tlenowe, zaroili się na korytarzach modułu.
Unikając ognia nieprzyjaciela i używając osobistej broni, Nevan wycofywał się. Krygolici obeznani ze sztuką inżynierską Hivistahmów skoncentrowali swoje wysiłki na zdobyciu ośrodków łączności i central kierowania ogniem. Chwilowo dało to Nevanowi i kilku jego towarzyszom pole do manewru. Gdy tylko łączność i środki ogniowe bazy zostaną opanowane, wróg rozpocznie systematyczne przeszukiwanie pozostałych sal.
Broniący się Massudzi i Ziemianie walczyli zażarcie, ale nie mieli się gdzie wycofać, a wąskie korytarze nie pozwalały na jakiekolwiek zorganizowane akcje. Zablokowanie wewnętrznej komunikacji uniemożliwiało użycie dwóch dużych pojazdów zacumowanych w dokach do przeglądu. Ponadto większość sił zbrojnych modułu walczyła w górze delty, próbując wyprzeć Krygolitów w głąb lądu. Wróg był nie tylko o krok od zdobycia pływającej bazy. Gdyby mu się to udało, odciąłby oddziały biorące udział w akcji w górze rzeki.
Załogę modułu zaskoczono kompletnie nieprzygotowaną. Uważano dotąd, że skoro wróg nigdy przedtem nie atakował pod wodą, tę opcję można spokojnie zignorować. Może Ampliturowie wpadli na ten pomysł dzięki Ziemianom, którzy przeprowadzali wiele podobnych ataków na ich instalacje?
Wybuchy i przygasanie świateł powtarzały się coraz częściej w miarę, jak Krygolici posuwali się do przodu. W pośpiesznie organizowanych stanowiskach obronnych, grupy Massudów i Ziemian próbowały stawiać opór. Jednakże wnętrze bazy nie zostało skonstruowane z myślą o walkach zbrojnych i jeden po drugim obrońcy ginęli, lub byli obezwładniani.
Jeszcze jeden członek Kadry pełnił służbę w pływającej bazie. Sierżant Conner wybiegł zza zakrętu korytarza, rozpryskując słoną wodę, która wtargnęła do środka przez pęknięcie zewnętrznej ściany modułu i zatrzymał się koło Nevana. Z rozcięcia na czole spływała krew, co zmuszało go do ciągłego mrugania. Oddychał ciężko.
- Cieszę się, że pana spotkałem! - Choć wszyscy członkowie Kadry byli ze sobą po imieniu, należało zachować pozory na wypadek, gdyby inni patrzyli, lub słuchali. Nie wyszłoby na dobre dyscyplinie, gdyby w kryzysowej sytuacji podwładny zwracał się do dowódcy w poufały sposób.
- Przegrywamy.
Nevan zajrzał za załom korytarza i wycofał się. Droga przed nimi była ciągle opustoszała.
- Co się mówi na temat wsparcia?
- Same niecenzuralne rzeczy. Małe prawdopodobieństwo. Robale zbyt szybko opanowały łączność. Kilku z nas wysłało do jednostek polowych krótkie sprawozdania, ale chyba, zasięg nadajników jest zbyt mały, by dotrzeć do naszych ludzi w górze rzeki. A nawet gdyby SOS dotarło, oddziały nie zdążą wrócić tu na czas. - Sierżant zamilkł, sapiąc. - Słucham propozycji.
Nevan zastanowił się.
- Jeśli opanowali elektronikę, teraz zabiorą się za mechanikę. Chodźmy w przeciwnym kierunku.
W pewnej chwili o mało nie wpadli na parę Krygolitów prześlizgujących się korytarzem. Mleczne oczy spojrzały w ich własne, po czym nastąpiła chaotyczna wymiana przekleństw i ognia. Nevan rzucił się na podłogę i przetoczył po niej usiłując uniknąć neuronowych promieni, podążających za jego kręgosłupem. Jeden z nich trafił dość blisko i prawa stopa momentalnie zdrętwiała.
Jego broń była mniej delikatna. Głowa Krygolity w zetknięciu z miniaturowym pociskiem rozrywającym rozprysła się na kawałki. Drugi insektoid użył karabinu, który wyrwał kawałek ciała z ramienia sierżanta. Ogniowa odpowiedź Connera przecięła napastnika na pół.
Nie zważając na ścierpniętą stopę, Nevan zdołał się podnieść i obejrzał ranę towarzysza. Była paskudna, ale powierzchowna. Podjęli swoją desperacką odyseję.
Było jasne, że Krygolici całkowicie opanowali bazę i szansę, by ich wyprzeć były nikłe. Ich bezprecedensowy atak zakończył się zwycięstwem. Bez wsparcia, czy odsieczy (stojącej co najmniej pod znakiem zapytania), nie było żadnych szans na zorganizowanie kontrataku.
- Tędy. - Conner prowadził go w stronę stanowisk łodzi ratunkowych. Korytarz prowadzący tam był całkowicie opuszczony i sprawiał przygnębiające wrażenie.
Łodzie ratunkowe miały służyć do ucieczki w wypadku, gdyby obszar delty nawiedzony został przez ciężki sztorm. Pojazdy te nie były opancerzone ani uzbrojone, ale Straat-ien ani Conner nie zastanawiali się nad tym. W danej chwili stanowiły jedyną może szansę ucieczki.
Niestety na tą samą myśl wpadli też Krygolici, których pół tuzina zebrało się koło wejścia do komory łodzi. Wyglądało na to, że dopiero przed chwilą tu przybyli. Kilku właśnie zdejmowało pękate aparaty do podwodnego oddychania. Za zaimprowizowaną barykadą ze zwalonych na kupę mebli i różnego ekwipunku, pozostali próbowali dostosować dużą i groźnie wyglądającą broń do działania na bliską odległość.
- Ktokolwiek planował ten atak, wiedział co robi - pomyślał Nevan z zawodem.
Przykucnęli za ostatnim zakrętem korytarza.
- Myślę, że nas nie zauważyli - szepnął. - Zbyt są zajęci przygotowaniem stanowisk. Wydaje mi się, że widziałem pięciu.
- Sześciu. - Connerowi ciągle krwawiło ramię, za to rozcięcie na czole ładnie przyschło. - Może więcej, ale nie sądzę.
Nevan zgadywał, że pokryty bliznami sierżant ma około dwudziestu pięciu lat i jest doświadczonym, zahartowanym żołnierzem.
- Jeśli będziemy czekać, aż ustawią tę wielką armatę na ogień automatyczny, nigdy przez nich nie przejdziemy.
- Jest ich zbyt wielu, żeby popełnić jakieś głupstwo, - Stwierdził Nevan, przyglądając się swemu kompanowi. - Umiesz sugerować. - To nie było pytanie.
Conner spojrzał na niego niepewnie.
- Robiłem to tylko kilka razy. Za każdym razem dotyczyło to pojedynczego obcego, koło którego stałem. Nigdy wroga i nigdy w takiej ilości.
- Najwyższy czas, żebyś spróbował. - Nevan zdjął palec ze spustu swojego pistoletu. - Chcę, żebyś udawał krygolickiego oficera, Wysokiego Unifera. Uwierz, że ty tu dowodzisz. Każemy im przeszukać następny korytarz. Przekażemy im rozkaz w takiej formie, że nie ośmielą się go zakwestionować.
Conner najwyraźniej miał wątpliwości. Tymczasem młody sierżant musiał odegrać swoją rolę. Nie było szans, żeby Nevan mógł sam zasugerować sześciu Krygolitów, na dodatek z powodzeniem, od którego zależało ich życie. Jeśli żołnierze osiągną jedynie stan niepewności, zamiast natychmiastowego przekonania o konieczności wykonania rozkazu - otworzą ogień. Tak byli wyszkoleni.
Mieli tylko jedną okazję, by zrobić to dobrze.
- Nie używaj swojego translatora. Nawet nie otwieraj ust. Tylko myśl o sugestii. Jesteś krygolickim Uniferem, wydającym rozkaz żołnierzom w polu. Muszą cię usłuchać.
Wstali. Gdy Conner skinął głową, Straat-ien wyszedł zza zakrętu korytarza i zuchwale popatrzył przed siebie. Tylko raz mieli możliwość spojrzeć na żołnierzy wroga. Wystarczyło to, by ich zapamiętać.
Dwóch Krygolitów natychmiast podniosło wzrok. Nevan odwzajemnił spojrzenie, czując jak pot spływa mu po żebrach. Wciąż powtarzał rozkaz w myśli, a mięśnie napięły mu się z wysiłku. Conner stanął obok niego, intensywnie patrząc na wprost.
Czwórka pozostałych czworonogów odsunęła się od potężnego działa i podeszła do swoich braci. Minęła chwila. Ciężka chwila. Nagle insekty jednocześnie wyjęły broń osobistą. Nevan słyszał, jak sierżant głośno wciągnął powietrze, ale nie mógł poświęcić ani odro biny energii by go upomnieć. Jego własna broń wisiała bezużytecznie u boku.
Na szczęście Kiygolitów nie można było zaliczyć do geniuszy. Zwykle myśleli oni i działali jako grupa. Jeśli jeden się podporządkował, pozostali skłaniali się ku temu samemu. Wymachując bronią szóstka Krygolitów ruszyła wzdłuż korytarza. Jeden przeszedł tak blisko Nevana, że aż nastąpił kontakt fizyczny. Mała, czarna źrenica poruszała się nerwowo, stworzenie zawahało się, ale po chwili chwiejnie rzuciło się w pościg za swoimi towarzyszami. Było wyraźnie rozkojarzone, ale dopóki działało na bezpośredni rozkaz Wysokiego Unifera, nie mogło sobie pozwolić na żadne wątpliwości.
Nevan wiedział, że to się rychło zmieni; gdy tylko osłabnie moc umysłowej sugestii narzuconej przez niego i Connera. Gdy to się stanie, szóstka zwolni, zamruga, popatrzy na siebie w poszukiwaniu wyjaśnienia. Wreszcie zrozumieją i szybko wrócą na swoją poprzednią pozycję. Lepiej, żeby do tego czasu obaj Ziemianie zniknęli.
Krygolici pośpiesznie przeszli do następnego korytarza. Rozkazano im odeprzeć ewentualny kontratak. Bez trudu można było zauważyć, że żaden atak nie ma miejsca i nawet nic go nie zapowiada, ale mimo to dokładnie badali otoczenie. Stopniowo ich wysiłki słabły. Rozkaz to rozkaz, lecz żadne z nich nie mogło sobie przypomnieć kiedy i jak go dostali. Nie pamiętali też nazwiska dowodzącego Unifera, w imieniu którego rozkaz ten wydano. Dwaj przystanęli, by skonfrontować wrażenia. Masowe wprowadzanie w błąd nie było czymś nieznanym w sytuacjach bojowych. Czy ten rozkaz wydano, czy nie? Nadeszła pora, by zadać kilka pytań.
Unikając groźnie pulsującej, ale nie skalibrowanej broni, Conner przeskoczył przez improwizowaną barykadę i wpadł do przedziału łodzi ratunkowych. Straat-ien był tuż za nim. Mijając niedokładnie działającą broń obaj mężczyźni popatrzyli tęsknie na nią, na wąską lufę i na podłączony magazynek wybuchowych, przebijających pancerz pocisków. Gdyby zostali przy niej przez chwilę, były duże szansę, że rozpętaliby tu piekło... zanim by ich zabito.
Conner uruchomił zasilanie najbliższej rury zawierającej łódź. Wodoszczelne drzwi odsunęły się na bok odsłaniając pojazd znacznie większy, niż potrzebowali. Mógł pomieścić aż do czterdziestu Ziemian i Massudów.
Nevan zerknął za siebie, ale w korytarzu ujrzał jedynie dym i mgłę. Jeśli znajdowali się tam inni, co przeżyli atak i jeszcze nie dali się złapać, będą musieli sami znaleźć drogę do hangaru łodzi ratunkowych. Ważne było, aby komuś udało się uciec, by mógł dowództwu zdać bezpośredni raport o katastrofie.
Wdrapali się do pojazdu. Conner wślizgnął się na fotel pilota i włączył konsolę. Gdy z tyłu zamknęła się wodoszczelna grodź, przed nimi otworzyły się zewnętrzne wrota, ukazując kilku zaskoczonych Krygolitów niezgrabnie przepływających obok. Ze swoimi pękatymi aparatami tlenowymi i z jednostkami napędowymi wyglądali wyjątkowo mało hydrodynamicznie.
Ale to nie miało destruktywnego wpływu na ich działalność, przypomniał sobie Nevan.
Jeden z płynących Krygolitów zdołał niezdarnie usunąć się z drogi. Jego kompani mieli mniej szczęścia i gdy Conner dodał gazu, łódź rąbnęła w nich obu. Gdy Nevan obejrzał się, zobaczył jak obaj gmerają przy swoich uszkodzonych butlach tlenowych. Po chwili wszelkie ruchy ustały.
Conner pstryknął włącznikiem, który powinien doprowadzić ich do Bazy Atilla. Łódź ratunkowa wynurzyła się na powierzchnię i pognała na południe. We wstecznym wizjerze widać było dym i pojedyncze płomienie, unoszące się z podobnego do wyspy modułu dowodzenia, przechwyconego przez wroga. Gdy systemy obronne modułu zostały wyłączone, podpłynął do niego i przycumował krygolicki transportowiec, z którego wyładowywały się świeże oddziały, nie skrępowane żadnymi dodatkowymi aparatami oddechowymi. Bitwa była zakończona.
- Nie zbytnia pewność siebie, ale brak wyobraźni sprowadził na bazę to nieszczęście - myślał zrozpaczony Nevan. Zgubne niedopatrzenie. Nieprzyjaciel nigdy tak nie atakował. Niektóre długofalowe plany strategiczne będą musiały być zmienione. Ziemnowodni Krygolici. Co nowego wymyślą teraz Ampliturowic? Krok do tyłu, dwa kroki naprzód. Tak wygrywa się wojny - pomyślał.
To był zdecydowany krok w tył. Ściskając aż do bólu palców oparcie fotela, o który się opierał, próbował uświadomić sobie liczbę martwych i umierających Massudów i Ziemian, którzy pozostali uwięzieni w module, zamienionym w olbrzymią, kulistą trumnę. Nic nie mógł na to poradzić, nic nie mógł dla nich zrobić.
Odwrócił wzrok od wizjera. Conner próbował zwrócić na siebie uwagę.
- Widzę jakiś ruch na brzegu, Odległość jakieś sto metrów. - Łódź ratunkowa trzymała się dla bezpieczeństwa blisko brzegu.
- Nie wygląda to na Krygolitów, ale mogę się mylić. Czujniki na pokładzie tej łodzi nie są skonstruowane dla potrzeb walki i nie mają bojowej rozdzielczości. Są bardzo prymitywne.
- To mogą być Ashregani. - Nevan usiadł koło niego, studiując odczyt przyrządów.
- Możliwe. - Sierżant uniósł wzrok znad tablicy rozdzielczej. - Albo część naszych własnych ludzi. Może któreś z tych naprędce wysyłanych wezwań o pomoc dotarło do celu.
Nevan zdawał sobie sprawę, że jako wyższy oficer polowy miał obowiązek chronić swoją osobę dla potrzeb przyszłej walki, nie wspominając o tym, że powinien osobiście złożyć raport z tragedii, która rozegrała się u ujścia Circassiańskiej delty. Szybko myślał. Łódź ratunkowa była pusta. Na szali były tylko dwa życia, z których jedno należało do niego.
- Sprawdźmy to. Przeleć najszybciej jak możesz kursem wymijającym. Zbliż się tylko na tyle, byśmy mogli rzucić okiem i od razu wiej ile mocy w tym pudle. Do skanowania użyj wielotorowego częstotliwościomierza polowego.
To ostatnie nie było konieczne. Uzyskali optyczne potwierdzenie jeszcze zanim jakiś głos wrzasnął na nich z głośnika konsoli. Conner trącił wyłącznik i łódź zwolniła zbliżając się do zadrzewionej linii wybrzeża.
- Zidentyfikujcie swoją tożsamość - powiedział do mikrofonu.
- Kim wy do licha jesteście? Sami się do cholery zidentyfikujcie! Co się do diabła dzieje w zatoce?
Nevan lekko się uśmiechnął, pochylając się do przodu.
- Tu pułkownik Nevan Straat-ien, Wydział Strategii i Planowania. Moduł Delta został opanowany po podwodnym ataku wroga. Z tego co wiem, tylko mnie i sierżantowi Connerowi udało się uciec.
- Ziemnowodni Krygolici? 2 kogo próbujecie robić sobie jaja?
- Nie wiem. Ale możesz mi powiedzieć. Na chwilę zapadła cisza, a gdy głos ponownie się rozległ, był on tylko trochę spokojniejszy.
- Jestem porucznik Mogen, Drugi Affański Korpus Biodiv. Mocno skopaliśmy robale po odwłoku w górze rzeki i właśnie wracaliśmy po uzupełnienia, gdy usłyszeliśmy początek kanonady. Moi podwładni i ja naradziliśmy się i zdecydowaliśmy, że okrężna droga będzie lepsza.
- I mieliście całkowitą rację. Nie żartowałem, mówiąc o ataku pływających Krygolitów. Chciałbym, żeby to była nieprawda. Wygląda na to, że kałamamice musiały ostatnio ciężko pracować nad umysłami, oraz sprzętem.
Conner, manewrując pomiędzy strzaskanymi kikutami drzew i błotnistymi muldami, zbliżył łódź do grupy niespokojnych, zdezorientowanych żołnierzy, którzy czekali w głębi lądu. Nevan przyglądał się im przez wizjer. Sześćdziesięcioro, czy siedemdzicsięcioro uzbrojonych po zęby mężczyzn i kobiet, wszyscy pokryci świeżym błotem i brudem, jakby dla uzupełnienia standartowego kamuflażu. Towarzyszyło im około pięćdziesięciu Massudów, Zauważył, że kilku było rannych. Ich pojazdy stały pod osłoną zwisających gałęzi, gotowe do dalszej akcji.
Porucznik był krępym, mocno zbudowanym mężczyzną o ciemnej skórze i prostych, czarnych włosach. Na prawym oku miał specjalny opatrunek, który pozwalał mu rozróżniać kształty i zmiany w natężeniu światła, jednocześnie lecząc uszkodzony organ. Za nim stała na "spocznij" massudzka podoficer. Odległa eksplozja ponownie zwróciła uwagę wszystkich na zatoką.
- Ciągle nie mogę w to uwierzyć - mruknął podoficer.
- My też. A jednak to prawda.
- Co teraz zrobimy? - Porucznik wskazał na swoich oszołomionych ludzi i na podwójny szereg dwuosobowych ślizgaczy, zaparkowanych pod drzewami w najwyższym punkcie podmokłego terenu. Bojowe siodełka przymocowane były po obu stronach jednostek napędowych pojazdów.
- Od szeregu dni toczymy walkę. Żaden z tych ślizgaczy nie ma dość mocy, by dolecieć do Bazy Atilla, nawet gdyby wiozły tylko po jednej osobie.
Conner cierpliwie stał obok Nevana.
- Prawdopodobnie moglibyśmy zmieścić większość żołnierzy w łodzi ratunkowej. Możemy przynajmniej ewakuować wszystkich rannych.
Nevan wiedział, że tak powinni zrobić. To było najbardziej rozsądne i najbardziej sprzeczne z jego uczuciami. Sądząc po wyrazie twarzy porucznika, czuł on podobnie, czemu dał wyraz, patrząc w stronę zatoki;
- Większość z nas ma tam przyjaciół i kolegów. Moglibyśmy spróbować im pomóc.
- Atak przeprowadzony był znacznymi siłami - poinformował go Nevan. - Krygolici ciągle dowożą tam nowe oddziały i uzbrojenie.
Zdał sobie sprawę, że najbliższa grupa żołnierzy, słuchając zachłannie, wpatrywała się w niego z natężeniem.
- Coś jeszcze...? - Ton głosu porucznika był lodowato poprawny.
Nevan przytaknął z roztargnieniem.
- Pomyślałem sobie, że skoro jesteście tacy napaleni, moglibyśmy wślizgnąć się do głównego koryta rzeki, korzystając z osłony dżungli i spróbować zaatakować na płytkich wodach ich uzupełnienia, gdy będą koło nas przepływały.
- Proszę o wybaczenie, szanowny pułkowniku - powiedziała Massudka, stojąca za porucznikiem - ale nasza jednostka nie jest wyposażona w aparaty tlenowe.
Porucznik obejrzał się na nią.
- My jesteśmy Ziemianami, Sholdid. Nie potrzebujemy żadnych aparatów.
- Zdaję sobie z tego sprawę, ale jeśli to, co pułkownik nam powiedział jest prawdą, Krygolici ciągle utrzymują przewagę. Będą dysponowali pełnymi możliwościami oddychania pod wodą w czasie każdej konfrontacji. Wiem, że umiejętność wstrzymywania oddechu jest u każdego Ziemianina inna, ale jeśli dobrze sobie przypominam, nie jest to długi czas.
- Insekty operują w obcym i przerażającym dla siebie środowisku - podkreślił Nevan. - Podejrzewam, że funkcjonują wyłącznie dzięki ekstensywnemu oddziaływaniu Ampliturów. Nie sądzę, żeby byli szkoleni, albo przygotowani do angażowania się w jakąkolwiek podwodną walkę. Widziałem, jakich systemów napędowych używają. Są bardzo toporne, prymitywne i nie umywają się do wysoce rozwiniętych wytworów mazveckiej, czy korathskiej inżynierii, z którymi zwykle stykamy się w podobnych sytuacjach. Mam przeczucie, że wszystkie środki, jakimi dysponowali, zostały rzucone do tego jednego, próbnego ataku, by przekonać się, czy to zadziała. Również ich środki ogniowe nie zostały skonstruowane z myślą o podwodnych zmaganiach.
- Podobnie, jak nasze. - Wyraz twarzy Massudki był poważny.
- To prawda. - Porucznik obnażył zęby, co wywołało silniejszy niż zwykle tik na jej twarzy. - Są rozmaite sposoby, by wykończyć przeciwnika pod wodą.
Wskazał na zgromadzonych wokół, niespokojnych ludzi, zwracając się z powrotem do Straat-iena:
- Zgodnie z pańską sugestią, myślę, że jesteśmy napaleni.
Nevan zastanawiał się. Jeśli Krygolici przeprowadzą śmiały kontratak, lepiej zrobi jeśli nie wróci do Bazy Atilla. Z drugiej zaś strony, jeśli udałoby się ich zaskoczyć, zwłaszcza teraz, gdy bez wątpienia przekonani byli o swoim niechybnym zwycięstwie...
Ostro kiwnął głową młodszemu oficerowi.
- Wyrządźmy trochę szkód, poruczniku.
- Muszę się sprzeciwić. - Massudka była bardziej, niż niespokojna. - Ryzyko i niebezpieczeństwo, na jakie się narażamy jest...
- Nie oczekujemy od waszych żołnierzy, by działali w wodzie - zapewnił ją Nevan. - Ktoś musi przejąć kontrolę nad naszym pojazdem. Możecie więc lec w zasadzce wzdłuż brzegu i odstrzelić każdą obcą głowę, jaka ukaże się nad powierzchnią.
Uszy Massudki poruszyły się niepewnie wprzód i w tył, a jej długa dolna warga lekko opadła. Ziemianin przewyższał ją rangą, ale mogła jeszcze powołać się na międzygatunkowy protokół i kontynuować spór, ale nie przychodziły jej do głowy już żadne argumenty. Nie była też pewna, czy nadal chce oponować. Tam, w zatoce, umierali przyjaciele.
- Jesteśmy wdzięczni - wymamrotała.
- A więc postanowione. - Nevan obrócił się i skierował do łodzi.